Czwarta władza decyduje o wyborach – Krystian Kowalewski

O minionej kampanii wyborczej powiedziano już wszystko. Preludium święta demokracji, okraszone setkami tysięcy wyborczych materiałów, po 9 października powodować może wyłącznie przesyt. Nie sposób jednak nie docenić faktu, że kampania AD 2011, podobnie jak poprzednie, była niemal w całości regulowana przez media. Choć na nic zdały się górnolotne zapowiedzi, o rezygnacji z telewizyjnych spotów, czy tzw. ‘billboardów’, to nie one odegrały największy wpływ na kształtowanie się preferencji wyborczych wśród uprawnionych do głosowania. Z wydawanych przez Fundację im. Stefana Batorego raportów- monitoringów głównych serwisów informacyjnych wynika, że to właśnie na ich podstawie zapada większość decyzji, przy czyim nazwisku postawić krzyżyk.

Stara marketingowa zasada mówiąca, że aby zaistnieć w społecznej wyobraźni trzeba się czymś wyróżnić, po niedzielnych rozstrzygnięciach trafi chyba na stałe do politycznego dekalogu. Jej prawdziwość unaocznia porównanie ugrupowań ‘secesjonistów’, czyli Ruchu Palikota i partii Polska Jest Najważniejsza. Choć w zarzewiu kampanii wydawało się, że obie partie skazane są na równie mizerny wynik, osoba Janusza Palikota, który dzięki swym medialnym talentom co raz częściej pojawiał się w serwisach informacyjnych, przesądziła o sukcesie pierwszego ugrupowania. Gdyby przedstawić w/w sytuację za pomocą wektorów, poparcie dla Ruchu Palikota rosło proporcjonalnie do obecności jego lidera w serwisach informacyjnych. Tym samym to, co powinno być skutkiem, urosło do roli motoru napędzającego dalszy bieg wydarzeń.

9 października upadł ostatecznie mit o bezpośrednim kontakcie kandydata z wyborcą, jako drodze do osiągnięcia sukcesu. Polacy głosują na partie polityczne i tylko niewielka liczba głosów oddana jest z zamiarem wsparcia konkretnego kandydata. Nie zmieniło tego stanu rzeczy nawet wprowadzenie okręgów jednomandatowych w wyborach do Senatu. Tylko czterech bezpartyjnych (bo trudno mówić o politycznej niezależności) kandydatów zdołało wywalczyć mandat. Reszta miejsc w wyższej izbie parlamentu rozłożyła się proporcjonalnie pomiędzy największe ugrupowania. Nierzadko, przypadły osobom szerzej nieznanym na terenie okręgu, który w najbliższej kadencji będą reprezentować.

Taki sposób kształtowania poglądów Polaków jest o tyle niebezpieczny, że jak wynika z raportów Fundacji Batorego, poszczególne serwisy informacyjne w mniejszym lub większym stopniu kierują się konkretnymi sympatiami politycznymi. I tak, w serwisach TVN, dominują na tle innych kandydatów pozytywne oceny polityków związanych z rządem (Donald Tusk, Jan Rostowski), w negatywnym świetle przedstawia się zaś polityków PiS i SLD. W Polsacie, na finiszu kampanii negatywnie oceniana była minister Kopacz, a TVP Info, choć unikające negatywnych ocen kandydatów, wykonało wyraźny ukłon w stronę Waldemara Pawlaka i PSL. Najczęściej obecny w serwisach informacyjnych był Donald Tusk, co można by tłumaczyć pełnioną przez niego funkcją, gdyby nie fakt, że wystąpienia urzędowe stanowiły w przekazie… 13% ogółu. Za nim plasują się liderzy partii opozycyjnych, spotykający się z dużym odsetkiem nieprzychylnych wypowiedzi w mediach komercyjnych.

Nie sposób odebrać prawo do prywatnych sympatii poszczególnym dziennikarzom. Zestawiając raporty Fundacji Batorego z wynikiem wyborów można jednak postawić tezę, że nawet najmniejszy brak obiektywizmu może kosztować partie utratę kilku procent poparcia, co przy złych intencjach daje możliwość niemal modelowego formowania sceny politycznej. Tak rozumiana ‘czwarta władza’, z zasady przeznaczona do kontrolowania pozostałych, stanie się wobec nich nadrzędna. Trudno w takim przypadku mówić o demokracji.

Pierwotnie tekst ukazał się w „Gazecie Finansowej”, nr 42/2011.