NOWY KWARTALNIK O ENERGII, GOSPODARCE I NOWYCH TECHNOLOGIACH polish energy brief

Za dużo igrzysk, za mało chleba-dr Dominik Smyrgała

Opinie i komentarze 16 kwietnia 2012, 10:42
<p style="text-align: justify;"><a rel="attachment wp-att-604" href="http://www.jagiellonski.pl/?attachment_id=604"><img class="alignleft size-medium wp-image-604" title="Dominik bw" src="http://www.jagiellonski.pl/wp-content/uploads/2011/06/Dominik-bw-233x300.jpg" alt="" width="233" height="300" /></a>W zeszłym tygodniu zbiegły się cztery wydarzenia, które pokazują jak zmienia się (z jednym wyjątkiem, na niekorzyść) strategiczny potencjał Rzeczypospolitej Polskiej w ostatnich latach. Poza owym wyjątkiem wszystkie przeszły właściwie bez echa i komentarza (ewentualnie stając się pożywką do standardowej międzypartyjnej połajanki) – a przecież będą miały wpływ na naszą rzeczywistość już w przewidywalnej przyszłości.</p> <p style="text-align: justify;">Niestety, w Polsce brak myślenia strategicznego jest problemem chronicznym. W czasie, gdy zmienia się energetyczna równowaga sił w regionie, państwo się wyludnia, a szkolnictwo wyższe cofa w rozwoju do czasów PRL, w mediach serwowany jest urągający ludzkiej godności (oraz ofierze) festiwal kłamstw w sprawie Madzi z Sosnowca, żenująca swoim poziomem debata o pseudoreformie emerytalnej (będzie o niej mowa dalej), a także kolejny odcinek tasiemcowego serialu „Jednoczenie prawicy”. A tymczasem rzeczy naprawdę ważne, na które jeszcze możemy mieć wpływ, są właściwie pomijane. Jak już wspomniano, z jednym wyjątkiem, ale i tym przypadku nie jest dyskutowane sedno sprawy.</p> <p style="text-align: justify;"><strong>Czy łupkowe nadzieje na pewno prysły?</strong> Oczywiście owym wyjątkiem jest raport Państwowego Instytutu Geologicznego, dotyczący gazu łupkowego, który należy uznać za optymistyczny, choć dyskusja, która się wokół niego toczy, potrafi wbić w osłupienie. Jak można z rozczarowaniem przyjąć wyniki, zgodnie z którymi kraj posiada co najmniej 3,5 razy więcej gazu ziemnego, niż do tej pory sądzono (491 mld m3, w tym 346 niekonwencjonalnych i 145 konwencjonalnych, znanych wcześniej), albo prawdopodobnie 6,5 razy więcej (913 mld m3, w tym 746 niekonwencjonalnych), a być może nawet 14 razy więcej (2,065 bln m3, w tym 1,92 bln niekonwencjonalnych)? Notabene warto zauważyć, że ta ostatnia wartość jest niemal równa pierwszym szacunkom wielkości rezerw niekonwencjonalnego gazu ziemnego w Polsce. A zatem czym tu się martwić? Przed Polską stanęła realna perspektywa uniezależnienia się od importu gazu z Rosji, i to wcale nie musi oznaczać 100-proc. pokrycia zużycia w kraju „błękitnym paliwem” własnej produkcji. Niezależność nie musi bowiem oznaczać samowystarczalności, czyli sytuacji, w której w ogóle nie importujemy surowca. Oznacza w pierwszej kolejności to, że w razie przerwania dostaw z zewnątrz, jesteśmy w stanie zaspokoić popyt na dany nośnik energii produkcją krajową bądź zgromadzonymi rezerwami, bądź importem z innego kierunku. Potwierdzone wielkości w praktyce oznaczają, że przy bieżącym zużyciu gazu w Polsce, stać nas (jak już tylko powstaną techniczne możliwości zwiększenia wydobycia) na samowystarczalność przez co najmniej 35 lat, a niezależność zostanie osiągnięta praktycznie już za kilka lat, gdy ruszy wydobycie gazu łupkowego. Należy także pamiętać, że do końca zmierza już budowa gazoportu, sytuacja (o ile zostanie odpowiednio uregulowana prawnie), staje się komfortowa.</p> <p style="text-align: justify;">Jednak generalnie wielkość potwierdzonych rezerw przyjęto z zawodem. Świadczy to o dwóch rzeczach: po pierwsze, o niesłabnących próbach wywarcia wpływu na społeczeństwo tak, aby „porzuciło wszelką nadzieję”; po drugie zaś, o kondycji psychicznej i moralnej samego społeczeństwa i jego elit w szczególności, które najwyraźniej tylko w niespodziewanym darze Niebios widzą szansę na to, żeby Polska była silnym, ludnym i dostatnim państwem. Mało kto zatem wierzy w uczciwą pracę, oszczędność i roztropność, a większość szuka szansy na szybkie i łatwe wzbogacenie się. W ten sposób gospodarczej potęgi się nie zbuduje! Może to i lepiej, że zasoby gazu łupkowego nie wynoszą tych 5 bln m3. Przy generalnej słabości instytucjonalnej państwa, korupcji i raczej mało zróżnicowanej gospodarce, bardzo szybko padlibyśmy ofiarą „klątwy zasobów”, wzorem wielu dawnych kolonii w Afryce i Ameryce Łacińskiej.</p> <p style="text-align: justify;"><strong>Koniec „Przyjaźni”</strong> W tym samym czasie, niemal w niezauważony sposób, dokonało się otwarcie magistrali rurociągowej BTS-2, którą rosyjska ropa będzie tłoczona do terminalu w Primorsku. Zbiegło się to z „dziwnym” spadkiem wielkości przesyłu ropociągiem „Przyjaźń”. Wielu analityków (w tym piszący te słowa), wspominali już w 2009 r. (a niektórzy wcześniej), że trzeba realnie liczyć się z przerwaniem dostaw „Przyjaźnią”. Tymczasem kolejni włodarze Przedsiębiorstwa Eksploatacji Rurociągów Naftowych żywili przekonanie, że do czegoś takiego nie dojdzie, bo Rosjanom się to „nie opłaca”. Tragedii nie będzie, mamy terminal naftowy w Gdańsku, skąd ropę można tłoczyć również do Płocka, a poza tym surowiec można sprowadzać również koleją, ale kolejnych kilkunastu-kilkudziesięciu groszy dodanych do ceny benzyny, można się już zacząć spodziewać. Ciekawe jak rządzący wyjaśnią to społeczeństwu? No i czy ukończenie rurociągu Odessa-Brody-Płock w dalszym ciągu „nie będzie się opłacać”? Na szczęście przy okazji złóż gazu łupkowego odkryto także pewne ilości niekonwencjonalnej ropy naftowej, wystarczającej na całkowite pokrycie potrzeb kraju przez 10-20 lat, tak więc może z czasem efekty wzrostu kosztów transportu zostaną nieco zredukowane. No i może wreszcie uda się zdobyć na własność złoża za granicą.</p> <p style="text-align: justify;"><strong>Wymierający kraj</strong> Poza sprawami energetycznymi przez kraj przewinęła się krótka i wybitnie niekonstruktywna debata na temat demografii, związana z ostatnim spisem powszechnym. Instytut Jagielloński już w wakacje opublikował ekspertyzę na temat zagrożeń związanych z wyludnianiem się kraju, ale w tej chwili już czarno na białym widać, że problemy, o których myśleliśmy w kategorii przyszłości, stają się teraźniejszością. Teoretycznie nie jest źle, zaliczamy niewielki przyrost ludności (o ok. 300 tys. w ciągu 10 lat, właściwie zaniedbywany). Ale przyjrzenie się szczegółowo statystykom, powinno budzić przerażenie. Liczba młodzieży w wieku 0-17 lat spadła w tym czasie o 17 proc. (sic!), z 8,85 mln do 7,14 mln. W tym samym czasie liczba ludności w wieku poprodukcyjnym (65+) wzrosła o 17 proc. (z 5,75 do 6,73 mln), zaś w wieku produkcyjnym niemobilnym (45-59 dla kobiet i 45-64 dla mężczyzn) wzrosła o 11 proc. (z 8,38 mln do 9,33 mln). Teoretycznie tylko poprawił się zatem współczynnik obciążenia demograficznego, tj. proporcja osób w wieku produkcyjnym do reszty. W 2002 r. na 100 osób w wieku produkcyjnym przypadały 62 osoby w wieku nieprodukcyjnym, aktualnie zaś jest to „tylko” 57 – ale to dlatego, że zmniejsza się liczba dzieci! Dopiero na tym tle widać błędne koło proponowanych pseudoreform emerytalnych. Forsowane przez rząd podwyższenie wieku emerytalnego, w praktyce ma na celu skrócenie i opóźnienie czasu pobierania emerytur, a nie ich rzekome zwiększenie – ale to byłoby do utrzymania przy zapewnionej zastępowalności pokoleń, której jak widać nie ma, bo w Polsce rodzi się za mało dzieci (ok. 1,3 na kobietę, przy poziomie zastępowalności wynoszącym 2,1). Problem tkwi zatem w samym opodatkowaniu pracy, uniemożliwianiu młodym zapewniania sobie bezpieczeństwa ekonomicznego i proponowanym stylu życia, a nie w samej długości czasu pracy. Niestety, czarny scenariusz mówiący o spadku populacji do 27 mln w połowie stulecia i 17 pod koniec, staje się coraz bardziej realny.</p> <p style="text-align: justify;"><strong>Studia wyższe w rozkładzie</strong> Ostatnia wiadomość z serii bulwersujących dotyczyła problemów uczelni prywatnych i finansowania szkolnictwa wyższego w ogólności. Wiele osób zdaje sobie sprawę, że poziom kształcenia w Polsce spada, wbrew oficjalnej propagandzie. Mogą coś o tym powiedzieć szczególnie pracodawcy, zatrudniający świeżo upieczonych absolwentów. Powszechnym tłumaczeniem tego stanu rzeczy jest niedofinansowanie szkolnictwa i łatwość zdobycia dyplomu na uczelniach prywatnych. Tymczasem statystyki jawnie temu przeczą. Obecnie na uczelniach publicznych studiuje 950 tys. osób, a na prywatnych zaledwie 98 tys., a więc nawet nie 10 proc. W okresie szczytowym proporcje te nieco lepiej układały się po stronie szkół niepublicznych, ale i tak większość studiowała w systemie państwowym. Okazuje się również, że z kwoty 11 mld zł, które Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa przekazuje na dofinansowanie uczelni wyższych, do niepaństwowych szkół trafia 0. Przyczyną jest niemożność uchwalenia od 7 lat rozporządzeń wykonawczych do ustawy o szkolnictwie wyższym, które by to umożliwiły. Łatwo przeliczyć, że 11 mld podzielone na 950 tys. daje 11,6 tys. zł rocznie na studenta. Tyle właśnie dostają uczelnie państwowe na kształcenie z budżetu, wliczając w to studentów zaocznych i wieczorowych.</p> <p style="text-align: justify;"><strong>Co z tego wynika?</strong> W ciągu zaledwie kilku dni ujawniły się w polskich mediach czterech niebezpieczne tendencje, które będą oznaczały dalszy spadek znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. O ile łupki same w sobie są szansą, to postawa społeczna wokół nich pokazuje, że dla większości technologie wydobycia surowców niekonwencjonalnych, nie wiążą się z rozwojem i modernizacją, ale z szansą na szybki zarobek. Igrzysk mamy już ostatnio pod dostatkiem, przydałby się jeszcze chleb – tak można to rozumieć. Zjawiska związane ze zmianami na rynku ropy naftowej również nas wkrótce dosięgną i pokonamy zapewne kolejną psychologiczną barierę cenową w zakresie opłat za energię. Jest nas coraz mniej, poza demagogicznymi pomysłami nikt nie próbuje nic z tym zrobić. Zbliża się katastrofa demograficzna, która spowoduje, że z pewnością przesunięcie wieku emerytalnego do 67. roku życia nie będzie ostatnim krokiem i cały proces będzie rozciągany do nieskończoności. Jedyną szansą na zrównoważenie ubytków populacji w obecnym systemie, mógłby być skok technologiczny, wzrost wydajności pracy i przestawienie gospodarki na produkcję, cechującą się wysoką wartością dodaną – ale w tym celu potrzebny jest świetny system kształcenia. Trend zaś jest dokładnie odwrotny. Na koniec paralela medyczna. Wiele chorób, zanim wejdzie w fazę objawową, przebiega w sposób utajony. Wtedy ostatni okres choroby bywa bardzo ciężki i gwałtowny. Można postawić tezę, że tak jest właśnie w przypadku Polski. Jeszcze niby czujemy się nieźle, ale moment, w którym zaczną się bóle i gorączka, jest coraz bliżej.</p> <p style="text-align: justify;"><em>Pierwotnie artykuł opublikowano w Gazecie Finansowej, nr 13/2012. </em></p>
Projekt i wykonanie: Sebastian Safian
Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności   
OK