NOWY KWARTALNIK O ENERGII, GOSPODARCE I NOWYCH TECHNOLOGIACH polish energy brief

Francja doczekała się drugiego Mitteranda? - Oskar Nastański

Opinie i komentarze 1 czerwca 2012, 16:12
Po średnio emocjonującej kampanii wyborczej Francuzi zadecydowali, że ich krajem ma rządzić socjalistyczny prezydent. Jakie to będzie miało implikacje dla Francji i Europy? Jest to kwestia bardzo złożona. Warto przyjrzeć się bliżej przebiegowi wyborów w drugiej turze, żeby lepiej zrozumieć „istotę” mandatu otrzymanego przez prezydenta, który niedawno został oficjalnie zaprzysiężony. Pomimo wysokiej frekwencji przy urnach i wysokiej partycypacji społecznej na wielkich konwencjach wyborczych, wybory miały charakter negatywny. Podobnie jak w ostatnich wyborach prezydenckich, jeszcze przed rozpoczęciem kampanii oczywiste było, kto przejdzie do drugiej tury. Francuzi już wówczas wiedzieli, że ich wybór jest między kiepskim a złym. <strong>Blichtr „bling bling”</strong> Paradoksalnie można stwierdzić, że kampania negatywna głównych pretendentów była niesłychanie skuteczna, bo przyciągnęła ponad 80-proc. frekwencję. Wraz z publikacją oficjalnych wyników pierwszej tury, strony jeszcze bardziej się zantagonizowały, głównie na skutek podjęcia przez Sarkozy’ego skrajnego kierunku na wyborców Frontu Narodowego. Czy mu się to opłaciło? Nie całkiem. Jak naśmiewał się program satyryczny „Les Guignols”: „Nie wystarczy wyglądać jak Marine, żeby być jak Marine”. Samo zaostrzenie języka nie wystarczyło, aby przekonać Marine Le Pen do przekazania Sakrozy’emu swoich głosów. Co więcej, pomimo zmiany retoryki w stylu Marine, Sarkozy nadal pozostawał kojarzony z blichtrem, potocznie określanym „bling bling”, który ewidentnie zniechęcał skromnych materialnie wyborców Frontu Narodowego. Jednocześnie stracił Sarkozy również szansę na przekonanie do siebie Francois Bayrou i jego wyborców, którym kandydat MoDemu zalecił głosowanie na Hollande’a. Zatem jak udało się zmobilizować 80 proc. społeczeństwa do głosowania? <strong>Kandydat ludu… wyalienowany z ludu</strong> W przypadku Sarkozy’ego było to głównie rozbudzenie strachu przed brakiem doświadczenia Hollande’a. Sarkozy dążył od początku do debaty, celem wykazania się szczególnymi umiejętnościami przywódczymi na tle Europy oraz zaprezentowania braków w programie gospodarczym swojego socjalistycznego konkurenta. W trakcie debaty istotnie udało mu się wypunktować słabości pomysłów Hollande’a, jednak niepotrzebnie dał się ponieść emocjom, nazywając przeciwnika „drobnym oszustem”. Stwierdzenie, że ta drobna słabość przekreśliła jego szanse byłoby nieprawdziwe, gdyby nie fakt, że francuskie media w przytłaczającej większości zdążyły to uznać za triumf Hollande’a, uwypuklając w reportażach niewłaściwe zachowanie Sarkozy’ego, co jedynie utrwaliło jego wizerunek, jako człowieka chwiejnego. Sarkozy często pokazywał się z żoną, co miało utrwalić jego image osoby rodzinnej, jednak Carla i jej sylwetka tym razem podziałały na niekorzyść, utrwalając wizerunek prezydenta lubującego się w blichtrze. Było to szczególnie niefortunne w zestawieniu z hasłem przewodnim kampanii „Sarko” – „kandydat ludu”. <strong>Nowy typ prezydentury</strong> Francois Hollande oparł swoją kampanię na haśle: „Zmiana teraz”. Po wygranych wyborach stwierdził, że jego wrogiem był nie tyle drugi kontrkandydat, co rynki finansowe. W trakcie kampanii hasło „Zmiana teraz” mimo wszystko było znacznie częściej odnoszone do urzędującego prezydenta i prawicy jako takiej, niż do rynków. Zmianie miała ulec filozofia rządzenia. Oczekiwano, aby prezydent był przedstawicielem prostych obywateli, a nie jadał w najdroższych restauracjach Paryża, aby szanował swoich wyborców i był otwarty na ich realne, doraźne problemy. Nowy prezydent miał być również, w sprzeczności do prawicy, otwarty na zmiany obyczajowe, imigrację oraz socjalizację. O ile większość wyborców Hollande’a realnie głosowała na niego celem odsunięcia Sarkozy’ego od władzy, to kandydatowi socjalistów udało się także skutecznie przekonać do siebie mniejszości seksualne i środowiska artystyczne. Podobnie jak niegdyś Aleksander Kwaśniewski, Hollande na potrzeby wyborów przeszedł na dietę i zrzucił 10 kg. Zatrudniono również zespół doradców wizerunkowych, którzy mieli zmienić image kandydata z „budyniowatego” i wiecznie niezdecydowanego na nawiązującego do najlepszych tradycji Mitteranda. <strong>Z pustego i Hollande nie naleje</strong> Zatem co przyniesie prezydentura socjalisty w Pałacu Elizejskim? Hollande w swoim przemówieniu inauguracyjnym zapowiedział walkę z niesprawiedliwościami i rynkami finansowymi. Rynki oczywiście od razu zareagowały spadkami, jednak wydaje się to reakcją przedwczesną i bardziej ukierunkowaną na sytuację w Grecji. Nowym prezydentem Francji zainteresował się oczywiście Biały Dom, obawiając się recesji w Europie, zaś kanclerz Merkel już zapowiedziała brak możliwości dyskusji nad pakietem fiskalnym. Czego się należy realnie spodziewać i czego spodziewają się Francuzi? W realizację postulatów takich, jak opodatkowanie najbogatszych stawką 75 proc. czy zatrudnienie 60 tys. nowych nauczycieli mało kto wierzy. Wśród obywateli panuje przekonanie, że kasa państwa jest i tak pusta, zatem niezależnie od pomysłów Hollande i tak dużo się w tej kwestii nie zmieni. Walka z rynkami finansowymi również wydaje się mało realna. Francja jest dużą gospodarką, ale przecież rynki były w stanie narzucić swoją wolę nawet USA, więc o przyszłość oszczędności rządu francuskiego nie należy się zbytnio obawiać. Pewne turbulencje oczywiście mogą nastąpić, aczkolwiek można się również spodziewać kilku pozytywnych nowości w polityce europejskiej. O ile pakiet stabilności nie zostanie naruszony, propozycja Hollande’a, skierowana na włączenie narzędzi stymulacji wzrostu w procesie walki z zadłużeniem, może być istotną nowością w debacie o przyszłości fiskalnej Europy. Aktualna polityka zaciskania pasa, w myśl polityki niemieckiej, przynosi mizerne efekty; zwłaszcza w Grecji, która wraz z dalszymi cięciami, pogrąża się coraz bardziej w kryzysie. Stymulacja wzrostu jest istotnym elementem, o który wielokrotnie wnioskowała prasa amerykańska, jednak Niemcy w obawie przed dalszym zwiększaniem kosztów, wolą narzucać łatwiejsze rozwiązania. <em>Pierwotnie artykuł opublikowano w "Gazecie Finansowej", nr 20/2012.</em>
Projekt i wykonanie: Sebastian Safian
Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności   
OK