NOWY KWARTALNIK O ENERGII, GOSPODARCE I NOWYCH TECHNOLOGIACH polish energy brief

Cyfryzacja na papierze - Dominik Smyrgała

Opinie i komentarze 1 czerwca 2012, 16:37
Przez kraj w ostatnich tygodniach przetoczyła się dyskusja na temat przypadków korupcji mającej miejsce podczas przetargów na informatyzację i cyfryzację administracji publicznej. Wprawdzie dla każdego średnio przytomnego obserwatora życia publicznego są to sprawy intuicyjnie oczywiste co najmniej od czasów niesławnej informatyzacji ZUS, ale dobrze, że temat powrócił. <img title="Więcej..." src="http://gf24.pl/wp-includes/js/tinymce/plugins/wordpress/img/trans.gif" alt="" /> – Niestety, przy okazji nie pojawił się inny, ważny aspekt zagadnienia, jakim jest „mentalna informatyzacja” polskich urzędników. Zjawisko jest poważne, ponieważ w wyobrażeniach polskich biurokratów oznacza to co najwyżej stworzenie ministerstwa (tak, tak… Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, jakoś nikt nie zwrócił uwagi, że rząd zaczyna powoływać resorty do realizacji czegoś, co wszędzie indziej dokonuje się samoistnie) i rozwiązywanie problemu metodą administracyjną, co samo w sobie jest groteskowe. <strong>Urzędnicza bezduszność</strong> Chociaż przy okazji jest trochę zabawy, jak na przykład wtedy, kiedy minister właściwy do dyskutowanych w tym tekście spraw z pełną powagą oznajmia w mediach, że trwa ustalanie, kto właściwie jest odpowiedzialny za administrowanie stronami rządowymi, w trzecim czy czwartym dniu zmasowanego ataku hakerskiego. Co ciekawe, rozwiązania prawne regulujące proces nawet istnieją, ale co z tego skoro sami urzędnicy ich nie znają. Świadczy o tym poniższa historyjka. W ubiegłym tygodniu pewien młody ojciec udał się do Urzędu Stanu Cywilnego (USC) w celu zarejestrowania w odpowiednich księgach swojego potomka i wydania aktu urodzenia. Na miejscu okazało się, że wziął ze sobą tylko własny dowód osobisty, a nie zabrał dowodu żony. Pani w okienku powiedziała, że nie może przyjąć dokumentów i zaproponowała inny termin wizyty. Na sugestię, że przecież możemy przysłać skan albo zdjęcie odpowiedziała, że można tego dokonać tylko faksem. To o tyle ciekawe, że przecież żona znajdująca się w połogu nie bardzo jest w stanie do tego typu urządzenia się dostać. Młody ojciec wykonał pewien wysiłek intelektualny i zasugerował, że przecież stosowne dane są w informacjach przysłanych ze szpitala, a poza tym przecież starsze dziecko było już w tym USC rejestrowane i stamtąd też można go wyciągnąć. Pani urzędnik pozostała nieubłagana. Ponieważ w odróżnieniu od biurokratów, normalny człowiek rzadko kiedy może sobie pozwolić na wożenie się po mieście (zwłaszcza w czasie totalnego paraliżu komunikacyjnego spowodowanego zbiorowym remontem, budową metra i nadciągającym kataklizmem w postaci EURO 2012), bohater historyjki postanowił zostać i przeprowadzić z urzędem skomplikowaną grę operacyjną, w oparciu o najnowsze zdobycie techniki. W efekcie młoda mama zrobiła telefonem zdjęcie obu stron dowodu i wysłała e-mailem do pracy młodego ojca, gdzie zostało ono wydrukowane i wysłane faksem do urzędu, dzięki czemu pani w okienku mogła zakończyć procedurę. Szczęśliwy koniec? Tylko pozornie, bowiem czynność, która powinna była zająć dziesięć minut przy udziale dwóch osób, zajęła półtorej godziny i wymagała zawracania głowy czterem osobom. Cały proces był zatem kilkanaście razy mniej wydajny, niż mógłby być. Jednakowoż, dzięki temu można potem zorganizować kilkanaście konferencji ze świetnym jedzeniem na temat tego, co zrobić, by polska gospodarka była bardziej efektywna i konkurencyjna. <strong>Nieumiejętność posługiwania się prawem</strong> Ale to jeszcze nie jest gwóźdź programu. Rzecz w tym, że cała procedura odbyła się z naruszeniem prawa, oczywiście ze strony urzędu. Otóż artykuł 14 §1 kodeksu postępowania administracyjnego stanowi, że „sprawy należy załatwiać w formie pisemnej lub w formie dokumentu elektronicznego w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne (Dz.U. Nr 64, poz. 565, z późn. zm.), doręczanego środkami komunikacji elektronicznej”. Dokument elektroniczny to „stanowiący odrębną całość znaczeniową zbiór danych uporządkowanych w określonej strukturze wewnętrznej i zapisany na informatycznym nośniku danych”. Jeśli e-mail ze skanem dokumentu nie spełnia tych danych, to należy się zastanowić, co spełnia. Dodatkowo art. 76a §1 k.p.a. mówi, że jeżeli dokument znajduje w aktach organu administracji, wystarczy przedstawić poświadczony odpis. Mówiąc krótko, pani z okienka mogła sama sobie z własnej bazy danych dowód młodej mamy wyciągnąć, skopiować lub wydrukować i poświadczyć. Albo załączyć w postaci dokumentu elektronicznego, albo, idąc za marcowym rozporządzeniem ministra administracji i cyfryzacji, zaktualizować metrykę sprawy poprzedniego dziecka, dopisując do niej kolejne. Tak oto administracja państwowa wykazuje się nieznajomością kodeksu postępowania (nomen omen) administracyjnego, a informatyzacja, która powinna skracać czas trwania procedur i zmniejszać zużycie papieru, prowadzi do czegoś biegunowo odwrotnego. Co na to ekolodzy? <em><em>Pierwotnie artykuł opublikowano w "Gazecie Finansowej", nr 21/2012.</em></em>
Projekt i wykonanie: Sebastian Safian
Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności   
OK