Olimpijski… chaos - Kordian Kuczma

12 czerwca 2012, 10:07 /
Olimpijski… chaos - Kordian Kuczma
&bdq uo;Smętny refren tej piosenki co dwa lata się powtarza” – ta parafraza tekstu piosenki Małgorzaty Ostrowskiej z filmu o przygodach Pana Kleksa dźwięczy mi w uszach za każdym razem, kiedy mieszkańcy któregoś z zakątków świata świętują przyznanie im prawa organizacji jakiejś wielkiej imprezy sportowej. Nie tylko bowiem organizacja Euro 2012 w ostatnich latach borykała się z różnorakimi problemami. Nie chcę usprawiedliwiać zaniedbań polskich i ukraińskich decydentów, jednak oddawanie obiektów sportowych do użytku na ostatnią chwilę, świadome (?) niedoszacowanie kosztów budowy infrastruktury i lęk przed pozbawieniem praw organizatora to zmartwienia nie tylko ich, lecz również promotorów innych projektów, na których skupione są oczy całego świata. <strong>Globalny cyrk</strong> Chociaż przygotowania do kolejnej, chronologicznie nam najbliższej, odsłony tego globalnego cyrku – letniej olimpiady w Londynie – mogły wydawać się relatywnie spokojne, w ich trakcie miały miejsce dwa epizody, które w dużej mierze można traktować jako metaforę problemów dzisiejszego sportu i jego otoczki. W kwietniu br. śledztwo ujawniło korespondencję ukazującą odpowiedzialnego za przygotowania do igrzysk ministra Jeremy’ego Hunta jako gotowego do lobbingu na rzecz przejęcia stacji BskyB, przez medialnego magnata Ruperta Murdocha. W maju zaś, dzień przed oficjalnym otwarciem Parku Olimpijskiego, jeden z robotników pracujących przy jego budowie ośmieszył ochronę kompleksu, fotografując się na tle stadionu z atrapą bomby. Panowie Lato i Surkis mogą się pocieszać, że trudno byłoby im przebić skandale towarzyszące zeszłorocznym Igrzyskom Wspólnoty Brytyjskiej. Impreza, która miała stanowić demonstrację indyjskiej potęgi, stała się głośna ze względu na fatalne warunki w miejscach zakwaterowania sportowców, które to spowodowały epidemię gorączki tropikalnej i rezygnację ze startu wielu czołowych zawodników. Nasuwają się pytania: w jaki sposób wydano 4,5 mld dol. oficjalnie przeznaczonych na samą infrastrukturę? I dlaczego na początku podawano niższą kwotę 500 mln dol.? <strong>Cegły i ser</strong> Zaszczyt gospodarza wielkich sportowych zmagań okazuje się ciężarem dla tak wielu z winy tej samej mieszaniny politycznej poprawności z biznesowym wyrachowaniem, która w grudniu kazała nam pukać się w czoło i zadawać sobie pytanie: co ma wspólnego Katar z piłką nożną na najwyższym poziomie? Decydowanie o lokalizacji takich imprez, jak Igrzyska Olimpijskie czy piłkarskie Mistrzostwa Świata, to świetna okazja do powtarzania frazesów o postępach globalizacji, sporcie jako synonimie demokracji, instrumencie awansu społecznego itd. W rzeczywistości jednak rywalizacja najlepszych nie może odbywać się w nieskończoność w Paryżu, Londynie albo Tokio po prostu dlatego, że dla wykorzystujących sport w celach reklamowych wielkich korporacji jest to nieopłacalne. Bardziej racjonalna wydaje się ich promocja w krajach, gdzie do tej pory nie były szczególnie aktywne. Ze względu na potencjał ekonomiczny i demograficzny idealnym celem ich ekspansji są tzw. gospodarki wschodzące, takie jak właśnie Korea Południowa, Meksyk czy Brazylia, a w przypadku Europy kraje o stosunkowo świeżych tradycjach wolnorynkowych, z których największe są akurat Polska i Ukraina. Jak na ironię, wielu znacznie łatwiej byłoby zapisać chwalebne karty w historii sportu we wcześniejszej, „romantycznej” erze, kiedy uznanie zdobyło sobie np. Chile, goszcząc w 1962 r. najlepszych piłkarzy świata, mimo że musiało się borykać ze skutkami trzęsienia ziemi. W ostatnich trzydziestu latach członkowie „klubu bogatych” tak jednak wyśrubowali standardy organizacyjne, że nawet członkowie tzw. grupy BRIC, w której nie tylko analitycy Goldman Sachs widzieli przyszłość światowej gospodarki, mają trudności z dosięgnięciem wysoko zawieszonej poprzeczki. Udało się cztery lata temu Chinom, ale przecież, jak żartował w październiku ubiegłego roku David Rothkopf z „Foreign Policy” – BRICS bez Chin to tylko brejowaty ser brie, a w tym konkretnym aspekcie – inwestycje na kredyt i obietnice bez pokrycia. <strong>Stadiony Potiomkinowskie</strong> Władze południowokoreańskiego Pyeongchang widzą w organizacji zimowej olimpiady w 2018 r. szansę na awans do pierwszej ligi światowych kurortów. Ich plany rozbudowy lokalnej infrastruktury wydają się jednak szczytem skromności w porównaniu z projektem analogicznej imprezy przewidzianej na 2014 r. w Soczi. Związek Radziecki próbował imponować światu zawracaniem biegu rzek, Władimir Putin zaś, nie przejmując się, że już w Vancouver było za ciepło (tam zrzucono winę na zmiany klimatyczne), chce zabłysnąć przemianą znanego ośrodka letniego wypoczynku w stolicę nart i łyżew. Nie przeszkadza mu bliskość niesławnej Abchazji i niespokojnej Czeczenii. Dość wspomnieć spisek terrorystyczny w rejonie Soczi, o którego wykryciu poinformowała FSB 10 maja. Udane igrzyska, podobnie jak obecność klubu „Terek” Grozny w piłkarskich rozgrywkach, mają pokazać, że jakby powiedział dawny francuski minister spraw zagranicznych Horace Sébastiani – „Porządek panuje w Warszawie”. Niczym Magnitogorsk w minionej epoce, tereny sportowe w Soczi i duża część związanej z nimi infrastruktury powstaje od zera. Nie dziwi więc, że budżet przygotowań z planowanych 6 mld dol. wzrósł do 34, z czego prawdopodobnie sporą część stanowią łapówki od przedsiębiorców budowlanych dla urzędników (rekordowa miała wynosić 4 mln „zielonych”), a kryzys finansowy wytworzył swoiste błędne koło. Prywatni inwestorzy, wśród których znajdują się tak potężne konglomeraty jak Gazprom (ostatecznie wycofał się, pozostając sponsorem olimpijskiej reprezentacji Rosji), Rosyjskie Koleje czy Interros Władimira Potanina, zwracały się o wsparcie do rządu, który z tego samego powodu był zmuszony do daleko idących cięć. O rezultatach tej sytuacji, strajkach nieopłacanych i żyjących w opłakanych warunkach budowlańców, przez prawie cały ubiegły rok donosiły światowe media. Swoje zastrzeżenia zgłaszali także aktywiści Greenpeace i organizacji WWF, wytykający niszczenie siedlisk ptaków i niedźwiedzi w dolinie rzeki Mzymy. Uspokoić działaczy ekologicznych ma program odtwarzania populacji lamparta śnieżnego, który stanowi jedną z maskotek igrzysk. Wydaje się, że większość z wyżej wymienionych problemów została przezwyciężona. Już w kwietniu 2011 r. w rozmowie z reporterem BBC News przewodniczący komitetu organizacyjnego olimpiady w Soczi – Dmitrij Czernyszenko jako swoje główne sukcesy w ostatnich miesiącach wymieniał zdobycie ponad 1 mld dol. dofinansowania od sektora prywatnego, perspektywy podpisania kolejnych kontraktów reklamowych oraz pomyślny przebieg testowych zawodów Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim w Krasnej Polanie. W podobnym duchu wypowiadał się w lutym br., w imieniu MKOl, sławny francuski alpejczyk Jean-Claude Killy (więcej nerwowości w tej kwestii okazał w połowie stycznia ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew). Być może więc Borys Niemcow podczas kampanii przed zeszłorocznymi wyborami mera Soczi, w których sam brał udział, przedwcześnie doradzał rosyjskim władzom skorzystanie z artykułu 35 Karty Olimpijskiej i podział obowiązków gospodarza między kilka miast. <strong>Jak u-Lula-ć MKOl</strong> Przyznanie Rio de Janeiro statusu organizatora letnich Igrzysk Olimpijskich w 2016 r. dowodzi, że najskuteczniejszy przekaz propagandowy to przekaz najprostszy. Brazylijczycy wytaczali głównie trzy argumenty za docenieniem ich metropolii: 1) w Rio jest pięknie, 2) Pele jest jednym z nas, 3) kandydujemy już po raz czwarty, więc się nam to po prostu należy. Niby nic, a wystarczyło, aby przymknąć oczy dygnitarzy z całego świata na niedotrzymanie obietnic rozbudowy transportu i oczyszczenia zatoki Guanabara złożonych przez kraj kawy przed Igrzyskami Panamerykańskimi w 2007 r. Co więcej, regularne strzelaniny gangów w dzielnicach biedoty (favelas) zostały określone w raporcie MKOl jako „wyzwania związane z bezpieczeństwem publicznym”. To, że właśnie Rio i to za prezydentury znanego piewcy sprawiedliwości społecznej Luiza Inacio da Silvy, pokazało, wspieranemu przez państwo Obamy, Chicago „No, you can’t”, miłośnikom idei sportu, jako źródła globalnego postępu, może wydawać się symboliczne. Na ten temat powinni się jednak wypowiedzieć także mieszkańcy tratowanych bez ostrzeżenia buldożerami favelas, na terenie których staną stadiony. O ile staną, ponieważ, mimo że inna wielka impreza – piłkarski Mundial w 2014, już niedługo zawita do Kraju Kawy, przygotowania do niego także kuleją. Ale to już temat na inną, równie mało budującą, opowieść. <em><em>Pierwotnie artykuł opublikowano w "Gazecie Finansowej", nr 22/2012.</em></em>