NOWY KWARTALNIK O ENERGII, GOSPODARCE I NOWYCH TECHNOLOGIACH polish energy brief

Wycofać się, by iść do przodu - Michał Jarocki

22 czerwca 2012, 11:59
W dniach 20-21 maja br. tak bliskie polskiemu sercu Chicago stało się na chwilę główną siedzibą NATO. Dwudniowy szczyt tego największego na świecie sojuszu militarno-politycznego miał być okazją do wymiany poglądów pomiędzy jego członkami. Miał też dać odpowiedź na dwa zasadnicze i jakże kluczowe dla przyszłości całej organizacji pytania: jak wycofać się z twarzą z Afganistanu oraz co począć dalej? Czy odpowiedzi uzyskano? Częściowo tak. Niestety, tylko częściowo. Przywódcy wszystkich 28 państw członkowskich mieli bowiem twardy orzech do zgryzienia. I bynajmniej problem wcale nie leżał w opracowaniu odpowiednich planów wycofania z Afganistanu. Nie, na tym polu wszystkie karty były i w dalszym ciągu są jasno i czytelnie wyłożone na stół. Wiadomo (przynajmniej w teorii), jakimi trasami Sojusz będzie mógł opuścić ten środkowoazjatycki kraj. Wiadomo też, na jakich zasadach ma to zrobić, a także co pozostawi po sobie. Problemem nie były więc tzw. technikalia. Kością niezgody, jak to się często zdarza, okazały się odmienne interesy poszczególnych stron. Co stało się osią sporu? Chciałoby się powiedzieć, że jak zwykle pieniądze. I tak rzeczywiście było. Ale nie do końca. Równie istotne okazały się ograniczenia poszczególnych polityków, wynikające z uroku systemów demokratycznych obowiązujących w reprezentowanych przez nie państwach. Nie bez znaczenia były również odmienne wizje przyszłości Sojuszu. Ale po kolei. <strong>Kiedy do domu?</strong> Wycofanie oddziałów bojowych misji ISAF ma nastąpić do końca roku 2014. Pomysł ten był już wielokrotnie poruszany przez państwa członkowskie NATO. W Chicago został z kolei oficjalnie potwierdzony. Pierwszy sukces więc już jest – obowiązujący wszystkich sztywny termin, prawda? Nie do końca. Jak się okazało, data końca 2014 r., jako oficjalnego zakończenia operacji militarnej w Afganistanie, nie wszystkim pasuje. Głównymi wyłamującymi się z tego monolitu okazali się Francuzi. A nawet nie tyle Francuzi, co ich nowo wybrany prezydent François Hollande. W czasie zakończonej na kilkanaście dni przez szczytem w Chicago kampanii wyborczej, Hollande obiecywał swoim zwolennikom szybkie i sprawne opuszczenie Afganistanu przez francuskich żołnierzy. Szybkie, w tym przypadku oznaczało maksymalnie 2013 r., a więc na kilkanaście miesięcy przed resztą wojsk ISAF. Wielu słowa Hollande z czasów kampanii wyborczej traktowało z rezerwą. Ostatecznie niejednokrotnie już w historii politycy zdawali się mówić jedno, a następnie czynić coś zupełnie innego. Niestety, z punktu widzenia Sojuszu, tym razem Hollande postanowił wyłamać się z tego schematu i dotrzymać danego wyborcom słowa. Czyżby pierwszy w historii polityk z rzeczywistym kręgosłupem moralnym? Nic bardziej mylnego. Polityka to bowiem gra interesów, gdzie długofalowy sukces jest bardziej ważny od krótkotrwałych kosztów. I dokładnie tą zasadą zdawał się kierować Hollande, decydując się na podtrzymanie w mocy swej wyborczej obietnicy. Co jednak okazało się dla niego na tyle ważne, aby wyłamać się przed szereg i opuścić Afganistan jeszcze przed Sojusznikami? <strong>Gra warta świeczki</strong> Wybory. I to nie byle jakie, bo wybory parlamentarne. 10 czerwca w pierwszej turze wyborów Francuzi decydowali o tym, kto będzie ich reprezentował w legislatywie. Zwycięstwo partii Hollande’a gwarantowało mu umocnienie władzy i niezagrożoną swobodę realizowania w nadchodzących latach własnych pomysłów na politykę krajową i zagraniczną. I to właśnie układ sił politycznych we francuskim parlamencie okazał się na tyle istotny, iż prezydent-elekt zdecydował się na przedwczesną rejteradę z misji ISAF. Gra ryzykowna, bowiem decyzji wyborców nigdy nie da się przewidzieć w 100 proc. Gra była i w dalszym ciągu jest (we Francji wybory do Parlamentu podzielone są na dwie tury) jednak warta świeczki, a ryzyko niewielkie. Ostatecznie nikt nie spodziewa się, w perspektywie długofalowej, poważnej marginalizacji Francji na arenie międzynarodowej, tak w łonie NATO, jak i w rozgrywkach bardziej bilateralnych. Paryż jest zbyt mocnym graczem ze zbyt szerokimi wpływami politycznymi, aby obawiać się poważnych konsekwencji po decyzji Hollande. A krótkotrwałe oczernienie wizerunku w oczach sojuszników? Taka jest cena twardej i zdecydowanej polityki międzynarodowej oraz jasno postawionych interesów. Na tym praktycznie można zakończyć pierwszy wątek. Pozostałe państwa, zarówno natowskie, jak i te spoza Sojuszu, zgodziły się co do istoty końca roku 2014. Może nie wszystkie chętnie i tak optymistycznie, jak to lansowała waszyngtońska administracja, ale ostateczny sukces w tej kwestii należy uznać za rzeczywisty. To jednak nie koniec, pora na wątek numer dwa. <strong>Którędy do domu?</strong> Jest nim metodyka. A konkretnie sposób, w jaki NATO chce wycofać się z Afganistanu. O ile kwestia terminów jest relatywnie prosta do ustalenia i praktycznie w całości uzależniona jedynie od interesów państw zaangażowanych w misję ISAF, o tyle drogi tzw. odwróconego przesyłu wojsk, to już o wiele bardziej skomplikowana sprawa. I to z kilku powodów. Pierwszym z nich i najważniejszym są oczywiście kwestie logistyczne. Większość tego, co siły ISAF wwiozły do Afganistanu przez ponad dziesięć ostatnich lat, będzie musiało teraz wrócić. Co prawda część zaopatrzenia z pewnością zostanie na miejscu. Mowa tu przede wszystkim o żywności (zwłaszcza tej zjedzonej), zużytym do stopnia nieopłacalności transportu uzbrojeniu, czy też typowo niebojowym wyposażeniu baz NATO. Jednak nawet uwzględniając ten fakt, liczba sprzętu, który trzeba będzie wycofać, liczona jest w tysiącach ton. A to oznacza spore wyzwanie logistyczne. Dlaczego? Bowiem w przypadku Afganistanu nie wystarczy zwyczajnie załadować sprzętu na ciężarówki lub pociąg, wywieźć do portu, przeładować na statek i spokojne odtransportować do macierzystej bazy. Nie, Afganistan to kraj, którego położenie geograficzne i polityczne (np. stosunki z sąsiadami) jest na tyle skomplikowane, że wszelaki transport towarów do i z baz ISAF praktycznie zawsze wiąże się z jakimiś problemami. <strong>Problem infrastruktury</strong> Wystarczy rzut oka na mapę. Po pierwsze, Afganistan jest krajem śródlądowym, a więc już na samym początku odpada najdogodniejsza opcja transportu materiałów drogą morską. Transport kolejowy? Nie w tym miejscu i nie w tej rzeczywistości. Afganistan nie dysponuje bowiem żadną siecią kolejową. No prawie żadną, w ostatnich miesiącach otwarto bowiem liczące kilkadziesiąt kilometrów połączenie kolejowe z położonego na północy kraju Mazar-i-Sharif do granicy z Tadżykistanem. Wobec powyższych uwarunkowań pozostaje nam rozwiązanie nr 3, a więc połączenie drogowe. Tutaj jest już lepiej. Przez kraj przebiega strategiczna i praktycznie jedyna autostrada, tzw. Highway One. Co więcej, Afganistan dysponuje drogowymi połączeniami z Pakistanem oraz krajami Azji Centralnej, zwłaszcza Uzbekistanem i wspomnianym wcześniej Tadżykistanem. Nie jest więc tak tragicznie, prawda? Niestety, jest. To, co wydaje się realne z poziomu technicznego, staje się o wiele bardziej skomplikowane, gdy w grę wchodzi polityka oraz pieniądze. W czym tkwi problem? W tym, że transport drogowy zaopatrzenia do Afganistanu (podobnie jak jego wywóz), wymaga wielu zabiegów oraz ustępstw politycznych NATO w stosunku do podmiotów tranzytowych. Najlepiej widać to na przykładach obydwu głównych szlaków drogowych, wykorzystywanych przez ISAF. Pierwszy z nich wiedzie od pakistańskiego portu w Karaczi. Stamtąd wyładowane po brzegi zaopatrzeniem ciężarówki udają się na północ, w kierunku dwóch przejść granicznych: Tokham, przez które zapasy materiałowe trafiają do wojsk stacjonujących w Kabulu oraz na północy Afganistanu, a także Chaman, skąd wozy obierają kurs na Kandahar i zaopatrują południowe prowincje kraju. <strong>Zbyt wielu graczy</strong> Alternatywą dla opcji „pakistańskiej” jest tzw. Northern Distribution Network (NDN), wiodąca przez Azję Centralną. Trasa składa się z trzech szlaków. Zaczynają się w portach łotewskiej Rygi lub gruzińskiego Poti, by następnie przecinając terytoria takich państw jak Rosja, Azerbejdżan, Kazachstan, Uzbekistan oraz Tadżykistan, wkroczyć na terytorium Afganistanu od północnej strony granicy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że sprawa jest prosta. Wystarczy odpowiednio sensownie zorganizować transport zaopatrzenia, a mając do dyspozycji łącznie cztery drogi przesyłowe, można łatwo rozłożyć natężenie wykorzystania konkretnych szlaków, tak aby żywność i amunicja szybko i sprawnie trafiała na front. Nic bardziej mylnego. Zarówno trasa wiodąca przez Pakistan, jak i NDN to polityczny i ekonomiczny koszmar. Wykorzystanie któregoś ze szlaków wymaga od zainteresowanych (ISAF) uzyskania zgody państwa tranzytowego. Aby tak się stało, nie wystarczy utrzymywać poprawnych, nawet jeżeli jedynie na pozór, relacji politycznych z władzami centralnymi. Trzeba się sporo wykosztować, czego Pakistan jest najlepszym przykładem. Same koszty transportu towarów przez pakistańskie terytorium nie są wysokie. Zarówno opłacenie kierowców, jak i zaopatrzenie ich w benzynę i środki żywnościowe nie kosztuje bowiem dużo. Schody zaczynają się, gdy trzeba rozliczyć się z Islamabadem. Szacuje się, że jeszcze do niedawna pakistańskie władze kazały płacić sobie około 250 dol. „podatku” za każdą ciężarówkę jadącą z Karaczi w stronę przejść z Afganistanem. Co więcej, przychylność Pakistańczyków musi też być zapewniana przez stałe zasilanie budżetu wojskowego państwa kwotami, które od początku afgańskiej misji z pierwszych lat zeszłej dekady sięgnęły już 20 mld dol. Jeszcze gorzej jest w przypadku NDN, gdzie grę komplikuje fakt zaangażowania w cały proces zbyt wielu graczy. Z każdym z nich trzeba się bowiem „dogadać” na swój sposób i sowicie opłacić. Szacuje się, że obecny poziom wykorzystania tras północnych (uwzględniając trwającą od wielu miesięcy blokadę szlaków wiodących przez Pakistan, będącą wynikiem tragicznej pomyłki amerykańskich helikopterów szturmowych, atakujących pakistańskie posterunki graniczne w drugiej połowie 2011 r.) kosztuje NATO 104 mld dol. w skali rocznej. Jest to skok cenowy o ponad 80 mld w porównaniu do kosztów transportu zaopatrzenia pod okiem Islamabadu (jeszcze w 2009 r. 90 proc. lądowego zaopatrzenia dla sił ISAF szło przez Pakistan, obecnie nawet do 80 proc. materiałów transportowanych drogą lądową przechodzi przez NDN). <strong>Brak zaufania</strong> Same pieniądze to jednak nie wszystko. Kilkukrotne zamykanie pakistańskich szlaków w przeszłości nie było bynajmniej spowodowane względami finansowymi. Górę brała polityka oraz brak wzajemnego zaufania. Pakistan stale oskarża bowiem USA o to, że te w walce z rebeliantami dopuszczają się permanentnego gwałcenia jego suwerennych praw (czy to przekraczając granicę przez żołnierzy sił specjalnych, czy dokonując nieuzgodnionych nalotów na terytorium Pakistanu przez amerykańskie drony oraz helikoptery uderzeniowe). Stany Zjednoczone mają z kolei pretensje o to, że część pakistańskiego establishmentu politycznego oraz wojskowych wspiera ekstremistów, czego ostatecznym potwierdzeniem były wydarzenia z 2 maja 2011 r. w mieście Abbottabad zaledwie 50 km od Islamabadu. <strong>Różnica interesów</strong> Paradoksalnie systematycznie pogarszające się relacje z Pakistanem spowodowały, że właśnie to państwo znalazło się na ustach wszystkich uczestników szczytu w Chicago. A może nawet nie tyle samo państwo, co problem naprostowania relacji z władzami w Islamabadzie, celem odblokowania wiodących przez ten kraj szlaków. Nie było to zadanie łatwe. Co więcej, wcale się nie udało. Główny ciężar rozmów z prezydentem Asifem Alim Zardarim wziął na siebie gospodarz szczytu. Barack Obama miał rozmawiać ze swoim pakistańskim odpowiednikiem aż trzykrotnie.Według relacji świadków negocjacje polityków przebiegały w gorącej atmosferze i skończyły się w mało pokojowy sposób. Dowodem na potwierdzenie tych słów może być fakt, że jeszcze w trakcie rozmów z Zardarim, Obama miał podobno rozkazać siłom ISAF wzmożenie nalotów dronów na kryjówki islamistów zlokalizowane po pakistańskiej stronie granicy (i rzeczywiście proces ten jest odnotowywany w ostatnich tygodniach). Nie udało się więc osiągnąć w Chicago tego, co może okazać się fundamentem planu „2014”. Brak porozumienia z Pakistanem stawia pod znakiem zapytania realne szanse na wycofanie się z Afganistanu w przeciągu najbliższych kilku lat. Pozostałe trasy mogą zwyczajnie okazać się za mało przepustowe. Należy jedynie mieć nadzieję, że sytuacja związana z relacjami na linii NATO(USA) – Islamabad nie jest tak tragiczna, jakby mogło się to wydawać. Uwzględniając szereg pomniejszych czynników oraz analizując pakistański kalendarz wyborczy, można nabrać przekonań, że twarda retoryka Islamabadu tylko częściowo motywowana jest różnicą interesów obydwu stron. Drugim powodem jest fakt, że w 2013 r. odbędą się w Pakistanie wybory parlamentarne, które mogą zadecydować o przyszłej pozycji umiarkowanych pakistańskich polityków, skupionych właśnie wokół prezydenta Zardariego oraz premiera Gilanego. Zbyt uległa polityka wobec USA zantagonizowałaby jedynie sporą część elektoratu, skutkując wzrostem poparcia dla partii islamistycznych, co z kolei nie jest w interesie nie tylko wspomnianych polityków, lecz także samego Waszyngtonu. <strong>Zrzutka na biednego</strong> Trzecim wątkiem poruszanym w Chicago była przyszłość Afganistanu. A raczej to, kto ma w nadchodzących latach łożyć na utrzymanie jego sił zbrojnych. Eksperci uważają, że ze względu na własne ograniczenia gospodarcze, Kabul nie będzie w stanie samodzielnie opłacić funkcjonowania liczących setki tysięcy formacji wojska oraz policji. Z tego względu, przynajmniej w początkowym okresie po wycofaniu oddziałów bojowych, NATO będzie musiało wspierać afgańskie władze odpowiednią sumą pieniędzy. Szacuje się, że kwota, która zapewni trwałość afgańskich sił bezpieczeństwa, to nieco ponad 4 mld dol. rocznie. Gros tej sumy pokryją Amerykanie, jednak nawet przy ich wsparciu w dalszym ciągu brakuje około 1 mld 300 mln dol. Stąd też już na kilka tygodni przed szczytem w Chicago rozpoczęły się pierwsze podchody i dyskusje na temat tego, kto i w jakim stopniu będzie skłonny dołożyć się do brakującej puli. Po szczycie wiadomo nieco więcej. Władze takich państw, jak Wielka Brytania, Niemcy czy Australia zgodziły się łącznie przeznaczyć na wsparcie afgańskich wojsk około 400 mln dol. rocznie. Po 110 mln dol. rocznie (przez trzy lata) zgodzili się z kolei dorzucić Kanadyjczycy. Pozostałe państwa nie zdecydowały się na tak stanowcze deklaracje i obiecując rozważyć sprawę, zmyślnie wycofały się z zastawionej na nie dyplomatycznej pułapki. W ten sposób zachowała się m.in. polska delegacja, która wyraziła wstępne zainteresowanie pomysłem wspierania całego programu finansowego sumą 20 mln dol. rocznie. <strong>Co dalej?</strong> Szczyt w Chicago był także miejscem, gdzie poszczególni członkowie NATO zaczęli coraz głośniej pytać o przyszłość Sojuszu. Rok 2014 będzie bowiem przełomowy nie tylko jeżeli chodzi o wycofanie oddziałów bojowych z Afganistanu. To także koniec pewnego etapu w historii Paktu. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach sporo osób zastanawia się nad tym, co dalej. Część członków sugeruje ograniczenie zakresu działań podejmowanych przez Sojusz. Zwracają przy tym uwagę na problemy finansowe w łonie organizacji, a także systematyczne zmniejszanie wydatków wojskowych przez takie państwa, jak Wielka Brytania, Niemcy Francja oraz USA. W związku z tym wielu uważa, że najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do korzeni i skupienie się na zapewnieniu bezpieczeństwa wewnątrz strefy NATO. Inni z kolei, a do nich zalicza się m.in. premier Wielkiej Brytanii David Cameron, uważają, że pomimo ograniczania środków przeznaczanych na obronność, NATO nie powinno zamykać się na otaczający je świat. Cameron jest bowiem zdania i popiera go w tym nawet Obama, że pomimo planowanego zakończenia misji w Afganistanie, świat jest w dalszym ciągu pełen niebezpieczeństw. Wśród nich wymienia przede wszystkim: upadłe państwa, globalny terroryzm, proliferację broni masowego rażenia, a także agresję w cyberprzestrzeni. <strong>Korekta strategii</strong> Skuteczna walka z tymi zagrożeniami, a przede wszystkim należyta ochrona przed ich skutkami, wymaga ciągłego angażowania swoich sił w wybranych częściach świata. Jednak odmiennie niż w przypadku misji ISAF, nie oznacza to konieczności wysyłania do walki dziesiątek tysięcy żołnierzy, a jedynie drobnych i chirurgicznych posunięć na arenie międzynarodowej, często ograniczających się nawet jedynie do działań zakulisowych oraz ścisłej obserwacji teatru wydarzeń. Zdaniem brytyjskiego premiera, to właśnie ten pogląd dominował w Chicago, czego ostatecznym potwierdzeniem było przyjęcie przez Sojusz dokumentu: „NATO Forces 2020 Defence Package”, kształtującego koncepcje przyszłego wykorzystania potencjału Organizacji. <em><em>Pierwotnie artykuł opublikowano w "Gazecie Finansowej", nr 24/2012.</em></em>
Projekt i wykonanie: Sebastian Safian
Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
OK