Walka o tożsamość lewicy – Krystian Kowalewski

Wydarzeniem pierwszego weekendu listopada była przybierająca charakter swoistego rozliczenia wyborczej porażki Rada Krajowa Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Nie trzeba być wytrawnym analitykiem by dostrzec, że obecna sytuacja w partii, która dziesięć lat temu dzieliła i rządziła na polskiej scenie politycznej, jest tragiczna. Co gorsza, wydarzenia minionej soboty jasno pokazują próżność oczekiwań, związanych z polityczną odpowiedzialnością autorów kampanii, czy radykalnymi zmianami we władzach Sojuszu.

O tym, jak napięta jest atmosfera w SLD, świadczy ostra i szybka reakcja na zachowania Jerzego Budzyna, domagającego się transparentnego podziału pieniędzy pochodzących ze sprzedaży siedziby partii przy Rozbrat. Zarzuty o faworyzowaniu przychylnych przewodniczącemu Grzegorzowi Napieralskiemu działaczy, pojawiały się pod adresem Sojuszu od momentu ujawnienia partyjnych list wyborczych, układanych wedle niezrozumiałego dla postronnego wyborcy klucza. Jak się okazuje, w podobny sposób dzielone były również przeznaczone na kampanię fundusze. Chcąc uciąć w zalążku burzliwą dyskusję, której wynik byłby z pewnością jednostronny, podejmuje się decyzję o zawieszeniu w prawach członka partii działacza warszawskich struktur, kierując jego sprawę do partyjnego sądu koleżeńskiego. Niestety, jak uczy historia, wyjątkowo ostre reakcje na defetyzm zwiastują zwykle wojenną porażkę.

Nie doczekaliśmy się również decyzji odnośnie sposobu wyboru nowego przewodniczącego SLD. Właściwie, poza deklaracją Grzegorza Napieralskiego, że nie zamierza ubiegać się o reelekcję, nic nie jest w tej kwestii pewne. Deklaracje zbliżone złożyli również wszyscy działacze, w których pokładano nadzieję na lepsze dni lewicy. Przewodniczącym nie zostanie Aleksander Kwaśniewski, według którego byli prezydenci są ‘dobrem ogólnonarodowym’ i ich zaangażowanie w ramach jednej formacji byłoby niepożądane, Włodzimierz Cimoszewicz, czy Ryszard Kalisz. Szokować może zwłaszcza decyzja tego ostatniego, będącego niemal murowanym kandydatem do przejęcia władzy w partii. Partyjni liderzy zgodnie podkreślają, że nowym przewodniczącym SLD powinna zostać kobieta i choć pojawiały się głosy poparcia dla Katarzyny Piekarskiej, czy Krystyny Łybackiej, w dniu dzisiejszym wszystko wskazuje na to, że partyjny ster trafi w ręce Joanny Senyszyn, obecnej eurodeputowanej.

Gdzie upatrywać motywacji dla tak kontrowersyjnego ruchu? Otóż, Sojusz za wszelką cenę chce być utożsamiany jako jedyna prawdziwie lewicowa formacja na polskiej sceny politycznej. Do tej pory, partia była lewicą raczej z konieczności, bo pomimo bez mała dwudziestoletniej obecności w sejmie, ciężko wskazać jednoznacznie lewicowe działania całego ugrupowania. Do roku 2005, Sojusz był raczej typową partią władzy, pozostawiając wszelką ideowość grupie radykalnych działaczy, wśród których była właśnie Joanna Senyszyn. Aktywizacja w sporach natury światopoglądowej nastąpiła już w opozycji, gdy realny wpływ SLD na losy kraju był marginalny. Taka sytuacja musiała rodzić wewnętrzne konflikty, zwłaszcza, że struktura regionalna partii opierała się często o osoby przyzwyczajone w systemie minionym do ‘szczególnych’ relacji z rządem. Miałkość lewicowości Sojuszu, dobitnie ilustruje przykład Ruchu Palikota, który nośnymi hasłami wolnościowymi i antyklerykalnymi zjednał po swojej stronie większą część lewicujących obywateli Rzeczypospolitej. Właśnie z Palikotem konkurował będzie w pierwszej kolejności SLD pod przewodnictwem Senyszyn i można mieć pewność, że nie będzie to walka merytoryczna.

Trudno w dniu dzisiejszym wskazać siłę stanowiącą realną alternatywę dla Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość, które oderwało od lewicy elektorat pro- socjalny, wydaje się być zamknięte w kleszczach 30% poparcia i trudno wyobrazić sobie sytuację, w której partia przekracza ten wynik. Wytworzona w ten sposób nisza tworzy idealną okazję dla lewicy, której, rozproszony obecnie elektorat dzieli swoje głosy pomiędzy wszystkie partie obecne w parlamencie. Aleksander Kwaśniewski przypomniał ostatnio, przytaczaną po każdych przegranych przez lewicę wyborach koncepcję zjednoczenia polskiej lewicy. Jednak, o ile rozmowy z małymi, pozaparlamentarnymi ugrupowaniami niosą ze sobą niewątpliwy wkład programowy, o tyle próżno oczekiwać po nich jakiegokolwiek wzrostu poparcia. Chcąc myśleć o wykreowaniu realnej siły politycznej darować trzeba sobie osobiste animozje, bo jak pokazuje przykład SLD z lat 90. , tylko współpraca daje gwarancję sukcesu. Bez względu na to, komu przypadnie większy pokój w parlamencie.

Pierwotnie artykuł ukazał się w „Gazecie Finansowej”, nr 45/2011.